Forum KiG - Króliki i Gryzonie Strona Główna
Home - FAQ - Szukaj - Użytkownicy - Grupy - Galerie - Rejestracja - Profil - Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości - Zaloguj
[Fretka]Fretka fermowa

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum KiG - Króliki i Gryzonie Strona Główna -> Inne zwierzęta
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Senowa
Przyjaciel
Przyjaciel



Dołączył: 17 Cze 2008
Posty: 951
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 5 razy
Ostrzeżeń: 1/5

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 21:54, 26 Paź 2008    Temat postu: [Fretka]Fretka fermowa

Hej, hej Ty! Nie odchodź, weź mnie, popatrz jaki jestem ładny,
popatrz już Cię kocham! Proszę...

Poszli, szkoda. Czy nie widzicie, że chce stąd wyjść Chce jak dawniej poczuć miękkość dywanu, poskakać po fotelach, wykopać ziemie z kwiatów, chce żyć!
Kiedyś było inaczej, moja mama powiła nas kiedy było ciepło, miałem czterech braci i dwie siostry. Było tak pięknie, ciepło, bezpiecznie. Mama opiekowała się nami, śpiewała kołysanki, częstowała ciepłym mleczkiem.
Uczyła nas podstaw życia, pokazywała czego mamy unikać, a co jest bezpieczne. Kiedy w czwartym tygodniu zaczęliśmy interesować się światem, który był poza budką, mama pokazała nam klatkę, mówiła, że tu jest bardzo dużo takich klatek o zimnych, nieprzyjemnych ściankach, bez podłogi tylko z drobną siateczką. Każda klatka posiadała poidło, dość często puste i brudne. Nasz dom umiejscowiony był pod przeciekającym dachem. Często mieliśmy mokro...
Kiedy skończyliśmy 6 tygodni, przyszło stworzenie zwane człowiekiem, taki dziwny potwór na dwóch łapach. Widzieliśmy te stwory wcześniej, zostawiali dwa razy na dzień coś słodkawego, wodnistego.
Teraz jednak człowiek nie podawał nam jedzenia, przyszedł żeby nas zabrać. Czekał kiedy mama wyjdzie na zewnątrz budki, aby się upewnić czy zagrożenie minęło. Wtedy zakrył czymś wejście do gniazda, odcinając drogę powrotną naszej matce. Słyszeliśmy jak bezskutecznie próbowała wydrapać przeszkodę. Błysło światło, które oślepiło mnie i moje rodzeństwo. Coś złapało i podniosło mnie wysoko do góry, aż zakręciło się w głowie. Bałem się otworzyć oczy i spojrzeć na tego potwora, który gdzieś mnie niósł. Słyszałem płacz matki, moich braci i sióstr, dźwięki te z czasem stawały się coraz słabsze, aż ucichły zupełnie. Człowiek jednak nie zatrzymywał się.
Wreszcie poczułem grunt pod łapkami. Potwór włożył mnie do identycznej klatki w jakiej mieszkałem z moją rodziną, klatka ta była jednak inna, nie czuło się w niej miłości i ciepła matki, był za to nieznajomy zapach.
Idąc tym zapachem do budki, odkryłem że nie jestem sam. W kącie siedziała przerażona, maleńka samiczka.
Przepłakaliśmy całą, samotną noc, aż ze zmęczenia zasnęliśmy.
Wtedy po raz ostatni słyszałem moją rodzinę.
Czas leciał a my zżyliśmy się ze sobą. Poznałem sąsiada, który żył obok naszej klatki. Był to stary samiec, mówił, że ma 3-4 lata, sam już nie pamiętał dokładnie. Bardzo dużo dowiedziałem się z jego opowieści. Nauczył mnie czytać ludzkie znaki, nazywał to pismem. Opowiadał o psach, kotach, nigdy nie myślałem, że są takie stwory.
Bardzo przywiązałem się do Starego Samca.
Kiedyś wspomniał o dziwnym zjawisku, w tym czasie na miejsce schodziło bardzo dużo ludzi, wtedy też znikała większość mieszkańców klatek. Stary Samiec mówi, że wtedy atmosfera stawała się napięta, słyszał krzyki, płacz, potem dziwne dźwięki dobiegające z budynku z którego na co dzień wynosili jedzenie dla nas. Ta opowieść utkwiła mi w pamięci chyba na zawsze.
Dni mijały, jeden po drugim. Robiło się coraz chłodniej, drzewa potraciły liście, rozśpiewane ptaki gdzieś znikły. Rankiem i wieczorami czuć było ostry, orzeźwiający zapach mrozu, zaczęliśmy dostawać ciepłe jedzenie, bo inne szybko zamarzało.
Pewnego dnia podszedł do naszej klatki człowiek, myślałem, że przyniósł jedzenie, on jednak ubrał rękawice i pochwycił niczego nie spodziewającą się samiczkę. Włożył ją do przenośnej klatki i poszedł w kierunku budynku.
Przeraziłem się, że zostanę sam, ale Stary Samiec uspokajał, że samiczka wróci cała i zdrowa. Mówił żebym się nie bał bo i mnie wezmą.
Tak też się stało, wrócił ten sam człowiek, za namową Starego Samca nie opierałem się kiedy trafiłem do przenośnej klatki.
Stwór zaniósł mnie do budynku, kiedy szedł miałem okazje rozglądnąć się po moim świecie. Widziałem setki, tysiące klatek takich jak moja, stały one w rzędach, w każdej widziałem stworzenia, takie jak ja. Biegały bez przerwy od rogu do rogu coś krzycząc, inne siedziały bez ruchu lub kołysząc się w przód i w tył, a w ich oczach nie było życia, były złamane. Jeszcze inne bez przerwy gryzły kraty chcąc uciec, drapały i siłą próbowały wyłamać ściankę. Stary Samiec wyjaśnił mi później ,że niektóre z tych stworzeń nie urodziły się tu na miejscu a zostały złapane na wolności, musiał wyjaśnić mi co to wolność.
Doszliśmy do budynku, człowiek pchnął olbrzymie, obite blachą drzwi, po wejściu do środka ujrzałem rząd stołów obok nich kilku ludzi.
Człowiek niosący podszedł do pierwszego stołu i wpuścił mnie do innej klatki, której dno było ruchome. Była to waga, mówili że mam wagę w normie. Potem, nie wyciągając mnie z tej wagi, zaczęli oglądać moje futerko. Zapisali coś w zeszycie i jeden z tych nowych wyjął mnie i ułożył na długiej desce z cyframi. Długość też zadowalająca. Drugi z grupki osób ujął mnie w rękę i dmuchnął w grzbiet, przyłożył coś zimnego i powiedział ,że dobrze.
Zostałem umieszczony w przenośnej klatce, a po kilku minutach odniesiony do mojej klatki w której zastałem roztrzęsioną samiczkę..
Stary Samiec mówił, że każdy tchórz przechodzi coś takiego co najmniej raz. Kilka minut potem wrócił człowiek i pozostawi; jakieś zapiski na naszych kartach. Dowiedziałem się, że jestem standardem z punktacja 28 pkt. Stary Samiec mówił, że to wspaniale i że mogę zobaczę wiosnę, nie wiem co to miało wspólnego z wiosną...
Stary Samiec nie chciał powiedzieć co przeczytał na karcie samiczki, był jednak przygnębiony i unikał jej spojrzenia.
Po tym incydencie samiczka długo dochodziła do siebie. Bała się najmniejszego ruchu a podczas wydawania jedzenia siedziała ukryta w głębi budki. Nie pomagały moje i Starego Samca upewnienia, że już nikt jej nie złapie.
Chyba biedaczka zwariowała, zaczęła rzucać się na mnie. Noce spędzałem poza budką, żeby nie stresować jej dodatkowo. Zauważył to jednak człowiek. Przyszedł w rękawiczkach i wyciągnął samiczkę, widziałem w jej oczach obłęd. Wpuścił ją do klatki naprzeciwko mojej.
Widok tego biednego, chorego stworzenia mam przed oczyma po dziś dzień.
Z dnia na dzień samiczka niszczyła samą siebie. Biegała całą dobę w kółko po klatce, aż brakło jej tchu. Nie jadła, nie piła. Nastał dzień kiedy zobaczyłem ją martwą
Dopiero wtedy na jej pyszczku zagościł spokój i szczęście.
Stary Samiec wyjaśnił mi nieco jej zachowanie.
Samiczka była dzikim tchórzem, jej matka została złapana w zaawansowanej ciąży. Po porodzie nie dawała sobie rady z licznym jak na dzikiego tchórza miotem, człowiek umieścił malutką samiczkę w tej klatce, kiedy skończyła pięć tygodni.
Kiedy mała zaczęła dorastać, obudził się w niej instynkt, zaczęła się zmieniać , stawała się dzikim stworzeniem, takim jak jej matka.
Chciała być wolna do tego stopnia, że wybrała śmierć od życia w klatce.

Z czasem pamięć o samiczce stawała się odległa, mglista. Zapamiętałem tylko ostatnie dni biedaczki.

Zostałem sam w klatce, nie dostałem już drugiego współlokatora. Pozostał mi Stary Samiec.
Dni mijały nam na wspólnych rozmowach, nie zauważyłem nawet kiedy zrobiło się zimno. Kiedy pewnego mroźnego ranka wyjrzałem z budki, zobaczyłem coś dziwnego. Cały świat był biały, drzewa, droga, wszystko otulone było białą poświatą. Spadł śnieg, nigdy nie widziałem czegoś równie białego. Miękki i mokry. Ciepłe jedzenie było wtedy bardzo wyczekiwane. Zaczęli podawać nawet ciepłą wodę do picia, żeby nie zamarzła za szybko.

Po kilkunastu takich białych dniach, kiedy zdarzały się chwile wielkich zadym śnieżnych, w czasie których najbezpieczniej było zakopać się w budce, nadszedł dziwny okres.
Ludzie na fermie wyglądali inaczej, byli zamyśleni, często bez powodu cieszyli się z czegoś, śpiewali.
Przy głównym budynku postawiono wielką sosnę i przystrojono ją różnymi kolorowymi rzeczami. Na noc sosnę oświetlały tysiące migotliwych światełek.

Czas leciał, Stary Samiec coraz częściej wolał być sam, przesiadywał wtedy w budce lub zajmował kąt i godzinami wpatrywał się w swoją kartę. Szeptał wtedy do siebie " już czas, już zima"...

Pewnego dnia coś zaczęło się dziać
Rano jak zawsze podawali ciepłe jedzenie, dziś nie podali. Zjechało sporo ludzi, takimi dużymi machinami zwanymi samochodami.
Wszyscy weszli do głównego budynku, skąd przynosili nam jedzenie.

Czuć było w powietrzu jakiś nowy, nieznany mi dotąd zapach.

Po dłuższej chwili, kiedy samochody ustawiły się w szyk, wyszli ludzie, każdy uzbrojony był w rękawice i przenośną klatkę, kilka ludzi niosło długie, błyszczące kije.
Rozeszli się watahą od strony lasu.
Poruszali się dwójkami, oglądali klatki i wyszukiwali te, na których kilka tygodni wcześniej inny człowiek coś napisał na czerwono. Otwierali wtedy klatkę i wyjmowali siłą przerażonych mieszkańców, pakowali ich do przenośnych klatek i szybko zanosili do budynku.
Słychać było krzyki, płacz. Ten zapach, który czułem to był strach, i mnie on przeszył kiedy ludzie doszli do naszego rzędu.
Zatrzymali się koło klatki Starego Samca, on spokojnie siedział przed budką, nie szarpał się kiedy przenosili go do przenośnej klatki.
- żegnaj i powodzenia - krzyknął.
- Nie żegnaj, do widzenia - rzuciłem.
- Obawiam się, ze już nie - cicho odparł, a w jego oczach zdążyłem ujrzeć coś, co bardzo mną wstrząsnęło , Stary Samiec płakał...
Wtedy zdałem sobie sprawę że juz nigdy go nie zobaczę, uczucie to było najgorszym doznaniem jakie mnie spotkało, samotność pustka, bezsilność
Zawlokłem się do budki, zakopałem w siano jak tylko najgłębiej się dało. Wtem całą klatką zatrzęsło jakby miała się rozpaść, usłyszałem zduszony krzyk człowieka "to bydle uciekło".
Wyskoczyłem z budki, ujrzałem małą samiczkę, która ostatkiem sił biegła w stronę lasu.
Biegnij – krzyknąłem, mała samiczka odwróciła się i spojrzała w moją stronę, poczułem ukłucie w sercu, okropny niepokój, niezrozumiały dla mnie.
Klatki znów się zatrzasnęły , to biegł człowiek ze srebrnym kijem, z łatwością dogonił omdlewającą z przerażenia samiczkę, zamachnął się kijem w jej stronę.
Nigdy w życiu nie słyszałem tak przeraźliwego skowytu, po dotknięciu biedaczka wyskoczyła w powietrze wyjąc, upadła martwa...
Zabrali ją do budynku, kursowali tak do późnego wieczora.
W powietrzu wyczułem nowy zapach. Słodki, wręcz upojny ale i przerażający, zapach krwi, dużej ilości krwi. Zmieszało się to z zapachem strach tworząc oszałamiającą mieszankę którą wyczuły nawet psy - wszystkie siedziały cicho pod schodami.
Co chwilę z budynku słychać było krzyki, po godzinie krzyki ustały, zaczęły za to warczeć, mielić i syczeć maszyny.
Tej nocy płakałem jak wtedy, kiedy była ze mną mała samiczka. Płakałem za tą biedną uciekinierką, którą dobrze znałem z okresu dzieciństwa, była moją siostrą. Płakałem za Starym Samcem, jednym stworzeniem które znałem i na swój sposób kochałem.
Przeżyłem ubój, jako jeden z nielicznych.
Jestem teraz sam...
Ferma zawsze tak hałaśliwa teraz jest wymarłym miejscem, puste, pootwierane klatki kolą w oczy, przerażająca . Samotność jest straszna. Strach wnika chytrze w umysł, zadomawia się w ciele, działa, przejmuje kontrole.

Wieczorem przyniesiono jedzenie...

Prawie tydzień nie wychodziłem z budki, z bezpiecznego siana, ciemności, czterech ścian. Nie wiedziałem czemu ja żyje, czemu nie zabrano mnie razem ze Starym Samcem? Czy się nie nadaje, jestem gorszy? Czemu?

Człowiek zauważył nie zjedzony pokarm w mojej klatce, przymocował miskę u wejścia do budki, nie wychodząc mogłem polizać trochę wodnistej breji. Zresztą było mi wszystko jedno czy jem czy nie, czułem się tak samo, sam, sam, sam...

Dni mijały, podobne do siebie jak dwie krople wody, wychodziłem z budki tylko parę razy, żeby coś zjeść, napić się i wejść do kuwety.

Robiło się coraz cieplej, trawa nieśmiało pozieleniała, drzewa wypuściły pąki, przyleciały pierwsze rozśpiewane ptaki, słońce zaczęło przygrzewać coraz bardziej, ale ja dalej byłem chory.

Parę dni potem, kiedy wyszedłem z budki żeby się napić, coś mnie zaciekawiło, w klatce Starego Samca ktoś był!
Podszedłem do ścianki zaciekawiony, usiadłem i czekałem aż to coś wyjdzie z budki. Od czasu do czasu słychać było szelest i cieniutkie piski. Nigdy nie słyszałem takich pisków.
Wysiedziałem tak chyba z pół dnia, wreszcie wyszła, była to samiczka, dostrzegła mnie i z głośnym sykiem wycofała się do wnętrza budki. Zrozumiałem, ja również schowałem się w swojej budce i po kryjomu zacząłem obserwować.
Po kilku minutach nieśmiało wyjrzała w wejścia, pomalutku wyszła, powąchała w powietrzu i podeszła do miski. Z budki dalej słychać było piski, teraz głośniejsze i jakby bardziej natarczywe. Samiczka zjadła wszystko co było w misce i szybko wróciła do budki.

Zrozumiałem wreszcie co to za piski, kiedyś jednak je słyszałem, w swoim matczynym gnieździe, u boku rodzicielki. Ona miała dzieci!

Czas płynął mi teraz na podglądaniu matki, słuchaniu maluszków . Z czasem zauważyłem pierwsze nie śmiałe jeszcze noski, które z ciekawością ale i strachem obwąchiwały świat w którym przyszło im żyć.

Wreszcie zobaczyłem je w całości, był to ich pierwszy spacer poza gniazdem, maluszki , jeszcze nieporadne od razu doczołgały się do miski, którą człowiek zapobiegliwie wymienił na płytszą ale większą. Było ich siedem.

Tak dzień w dzień, nie niepokojąc rodzinki, podglądałem jak żyją, bałem się pokazać żeby nie przestraszyć dzieci. Widziałem z jaką czułością matka opiekowała się małymi, jak one bawiły się z sobą, jak walczyły o miskę.

Pewnego dnia przyszedł człowiek, myślałem ,że podaje im jedzenie, ale on nie przyszedł z tym zamiarem. Wywabił matkę z gniazda a wejście zasunął płytką. Wszystko widziałem, jak otwiera wieko budki, wyjmuje sparaliżowane strachem maluchy, wkłada do przenośnej klatki, widziałem rozpacz matki. Słyszałem jej krzyki, krzyki bezradności, błagalne prośby. Próbowała dokopać się do wejścia ale płytka nie ustępowała.
Przypomniałem sobie moją rodzinę, przeszliśmy to samo, ta samica przypominała mi moją matkę, która tak samo walczyła kiedy nas zabierano.

Człowiek zamknął wieko, odsunął płytkę i poszedł. Samica wbiegła do gniazda, słyszałem płacz. Nie chciałem tego oglądać, poszedłem zakopać się do budki.

Czas leciał, samica długo dochodziła do siebie, były momenty kiedy siedziała w kącie i huśtała się w przód i w tył, mogła tak cały dzień. Ja dalej nie wychodziłem z budki kiedy ona była na zewnątrz, nie chciałem przysparzać jej dodatkowego stresu.
Obudziłem się w piękny, późno wiosenny ranek, usłyszałem głosu dwojga ludzi, wyjrzałem na zewnątrz, oni stali obok mojej klatki. Nie wiem o czym rozmawiali, jeden często pokazywał na moją kartę, drugi odpowiadał podniesionym głosem.
Ludzie przeszli z drugiej strony, jeden z nich schylił się w moją stronę, popatrzył mi w oczy. Był dziwny, włochaty, miał coś dziwnego na oczach, miał siwe włosy. Człowiek obok coś mu powiedział on tylko skinął głową, tamten oddalił się
Po chwili wrócił z przenośną klatką i rękawicą na ręce, błyszczącego kija nie zauważyłem.
Długo broniłem się przed włożeniem do przenośki, i chyba skutecznie, bo człowiek co chwila wył coś w stylu "ty skurczybyku!" Ale ile można się bronić Wylądowałem w klateczce, w środku było parę szmatek, ciepłych i przytulnych.

Człowiek z rękawicą podał przenośkę włochatemu, ten dał mu coś do ręki i poszedł
Czy ja idę tam gdzie Stary Samiec? Czy będzie bolało? Nie chce żeby bolało...
Włochaty szedł w stronę głównego budynku, schowałem się w kąt przenośki, bałem się, niech nie boli...

Kiedy doszedł już prawie do blaszanych drzwi, skręcił w lewo, schodząc z głównej drogi, niósł mnie w kierunku olbrzymiej metalowej bramy.

Kiedy przechodziliśmy przez teren fermy, zauważyłem ,że klatki, tak niedawno puste, znowu mają mieszkańców. Były to młode z tego roku, jeszcze dzieci, niektóre płakały w kątach, wołały matki.

Czy je tak że czeka los Starego Samca? Czy świat musi być taki brutalny?
Niech ktoś to skończy...

Przeszliśmy przez wielką bramę. Włochaty skierował się w stronę czerwonej maszyny, podobnej do fermowych ciężarówek ale mniejszej.
Włożył mnie do tyłu, wsiadł i ruszył
Nigdy nie myślałem, że można tak szybko biec bez ruszania łapkami.

Widziałem innych ludzi, wielkie maszyny, które nas mijały, wiele drzew, ludzkich domów...

Dojechaliśmy do wielkiego, białego domu z czerwonym dachem. Włochaty wyjął mnie z maszyny i poszedł pod drzwi.
Postawił przenośkę na schodach a sam znikł na krótką chwile. Potem wniósł mnie do wnętrza domu.
Przechodziliśmy przez długi korytarz z drewnianą podłogą. Na końcu korytarza uchylone były zdobione, drewniane drzwi przez które człowiek wniósł mnie do prawie pustego pokoju. Postawił mnie na stole a sam wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

Pokój był jasny, wielkie okna zasłonięte były zielonymi zasłonami, w kącie stało łóżko a nad nim wisiał obrazek, nie wiem co przedstawiał.

Siedziałem tak w przenośce dość długo, wreszcie wrócił człowiek, ale nie sam, za nim bieg?? inny człowiek, Stary Samiec opowiadał o dzieciach, to była dziewczynka. Dziecko weszło do pokoju, nie podeszła do przenośki, stała przy drzwiach i tylko z daleka patrzyła na mnie.

Włochaty podszedł i otworzył przenośkę.
- Wyjdź, mały - powiedział odsuwając się pod okno.
Powolutku wyjrzałem przez otwarte drzwiczki, wyszedłem na stół, potem już szybko zbiegłem w kierunku uchylonych drzwi. Niestety dziewczynka zamknęła je nim zdążyłem dobiec.
Uciekłem pod łóżko, Włochaty śmiejąc się wyszedł z dzieckiem zamykając za sobą drzwi.
Po godzinie czy dwóch cicho wrócił z dwoma miseczkami, postawił je koło łóżka i wyszedł.
W miseczkach była woda i coś, czego nigdy nie widziałem, rozpływało się w pyszczku, miało słodkawy smak, wspaniałe. To było mięso. Wyjadłem całą miskę , ogarnęła mnie senność wdrapałem się na łóżko, było mięciutkie jak szmatki w przenośce, zakopałem się głęboko i usnąłem.

Z czasem oswoiłem się z myślą ,że Włochaty jest dobry, dawałem się nawet pogłaskać, o drapanie po brzuchu sam zabiegałem. Biegałem po fotelach, raz wykopałem mu kwiatki z doniczek.

Jednak nie każdy w tym domu był dobry. Nie lubiłem dziewczynki, ona nie była taka jak Włochaty, kiedy tylko zostawała ze mną sama, ja wolałem schować się pod łóżko. Czasami zdążyła mnie złapać, wtedy próbowałem uwolnić się gryząc ją, niestety to bardziej ją złościło, rzucała wtedy mnie w kąt i próbowała kopnąć, czasami jej się udawało.

Przez dziewczynkę zrobiłem się strachliwy, nie bawiłem się z Włochatym tak jak kiedyś, teraz przy każdej próbie wolałem go mocno ugryźć żeby mieć spokój. Ludzie co raz bardziej zaczęli bać się mnie, rzadziej wchodzili do mojego pokoju, Włochaty wchodził tylko na chwileczkę, z jedzeniem, potem wychodził. Było mi dobrze, sam, mogłem robić co chciałem.

Nastał dzień kiedy Włochaty wszedł do pokoju w rękawicach, jak zawsze podbiegłem żeby go ugryźć, ale on był szybszy. Brutalnie wylądowałem w przenośce. Włochaty wyniósł mnie przed dom, zauważyłem, że obok jest wielki ogród z krzakami...

Włożył mnie tak jak kiedyś do samochodu, sam usiadł z przodu i ruszył
- Nie może być tak dalej, przykro mi ale musze to zrobić - powiedział.
Nie wiedziałem co to znaczy, gdzie jedziemy?

Po dość długiej jeździe, Włochaty zatrzymał się przed starym, obdrapanym budynkiem z wielkim napisem "Klinika weterynaryjna" nad drzwiami.
Wniósł mnie do środka, poczułem różne, dziwne zapachy. Wnętrze było białe, w rzędzie stały krzesła a na końcu małego korytarza widać było brązowe drzwi. Włochaty usiadł a mnie postawił na ziemi.
- Czemu jesteś taki niedobry, było nam tak dobrze - rzekł.
Popatrzyłem na niego, siedział zgarbiony, w oczach miał dziwną pustkę...
Siedzieliśmy tak w poczekalni długo, przechodzili ludzie, niektórzy trzymając psy na smyczach, inni przychodzili z transporterami podobnymi do mojej.
Wreszcie otworzyły się drzwi, a w nich stanął młody człowiek ubrany w biały fartuch, widziałem takie fartuchy na fermie, tamte nie były już takie białe.
Włochaty podniósł mnie z ziemi i poniósł za drzwi, zamykając je za sobą.
Postawił przenośkę na stole a sam podszedł do młodzieńca.
- Witam pana, mam tu mały problem - rzekł.
Młodzieniec, który zwał się weterynarzem podszedł do mnie, otworzył drzwiczki transporterka i popatrzył mi prosto w oczy. Skuliłem się w kącie, co on chce zrobić. Jednak po chwili od warzyłem się podejść do otwartych drzwiczek, weterynarz nadal stał wpatrując się w moje oczy, miał miły wyraz twarzy, tylko oczy smutne...

Delikatnie zamknął drzwiczki.
- Co mogę dla pana zrobić - spytał się.
- Muszę się go jak najszybciej pozbyć, zrobił się niebezpieczny dla mojej rodziny, córka mówi, że rzuca się na nią, zaczęła się go bać. Myślałem że pan mi pomoże – odrzekł.
- Mam go uśpić - spytał weterynarz.
- Tak chyba będzie najwygodniej - skwitował Włochaty.
Weterynarz jeszcze raz podszedł do przenośki, nie otwierając drzwiczek patrzył na mnie dziwnym wzrokiem, był zamyślony.
- Dobrze, zrobię to, proszę go zostawić tutaj, jutro do odebrania będzie transporter – powiedział.
- Dobrze, wpadnę przed południem, jutro się rozliczymy - odparł Włochaty wychodząc.
Zostałem ulokowany pod stołem, weterynarz usiadł na krześle, wyjął coś z kieszeni, stuknął parę razy w to coś i przyłożył do ucha.
- Dzień dobry, mogę rozmawiać z właścicielką sklepu? Dobrze poczekam, witaj Agnieszko, wpadłabyś do mnie do kliniki teraz? Właśnie był facet, przyniósł fretkę do uśpienia, mówiłaś kiedyś, że chcesz mieć fretkę, więc zapraszam - rozmawiał z kimś w tajemniczym pudełeczku.

Po dłuższej chwili odsłonił tajemniczą rzecz, schylił się do mnie i powiedział
- Masz chłopie szczęście, w innej klinice już byś zasypiał. Będziesz miał u Agnieszki dobrze, ona kocha takie stworki jak ty.

Co to Agnieszka? ...
Zostałem w klinice do wieczora, weterynarz postawił moją przenośkę pod biurko, pmogłem widzieć wszystko co się dzieje a nie byłem widziany.

Przez ten czas przewinęło się mnóstwo ludzi z psami, kotami, byli i tacy, którzy nieśli jakieś inne, nieznane mi dotychczas zwierzątka, bardzo podobał mi się ptak, którego przyniosła starsza kobieta, był kolorowy, wielki i śmiesznie skrzeczał, kiedy chłopak robił mu cos z nogami a potem dziobem, ptak po tych zabiegach dostał coś co bardzo mu smakowo i zadowolony usadowił się na ramieniu kobiety.

Pod wieczór, kiedy chłopak skończył sprzątać i usiadł za biurkiem, ktoś zapukał, weterynarz podszedł i otworzył drzwi przez które weszła młoda kobieta.
- Gdzie on jest? - spytała.
- Tam – odpowiedział chłopak wskazując na mnie.

Kobieta szybko podeszła, uklękła i otworzyła drzwiczki przenośki.
To ty jesteś Agnieszka?
Kobieta wyjęła mnie i przytuliła, o dziwo nie bała się, że mogę ją ugryźć
Było mi dziwnie przyjemnie, tak ciepło, kobieta szeptała coś cichutko, nie rozumiałem co ale było bardzo miłe i uspokajające.
Po chwili włożyła mnie do przenośki, zamknęła drzwi, wstała i zaczęła rozmawiać z chłopakiem.
Ja chciałem z powrotem na ręce...
Rozmawiali dość długo, wreszcie kobieta podeszła do mnie, wzięła transporterek ruszyła do wyjścia.
Skierowała się w stronę zielonego auta a wielką nalepką na drzwiach "aranżacja ogrodów" włożyła mnie na tyle siedzenie, sama usiadła z przodu i ruszyła.
Jechaliśmy długo, za oknem przemykały domy, drzewa, czasami nie było nic widać, tak bardzo chciało mi się spać, tak bardzo, powieki ciążyły...

Otworzyłem jedno oko, oślepiło mnie światło, gdzie jestem? Obejrzałem się na drzwiczki transporterka , były otwarte. Wyjrzałem na zewnątrz, ściany miały miły jasno-pomarańczowy kolor, gdzie niegdzie wisiały obrazy, tak jak u Włochatego. Pokój był duży, z jednej strony stały wysokie meble, z drugiej fotele. W kącie stała olbrzymia roślina z wielkimi, długimi liśćmi.

Poczułem wspaniały zapach, obok przenośki stały dwie miski, jedna z woda a druga wypełniona czymś, czego jeszcze nie znałem.
Podszedłem do jedzenia, pachniało bosko, spróbowałem, smakowo jeszcze lepiej, wyjadłem prawie wszystko, ale żołądek zbuntował się przed taką ilością.
Zwiedzanie pokoju zostawiłem na potem, teraz spać..

Obudziłem się, czując, że ktoś mnie dotyka, spojrzałem kto, to ta kobieta, głaskała mnie po głowie i tak samo jak w klinice, szeptała cicho.
Podszedłem do niej bliżej, lubię te szeptanie, ona nie cofnęła się wręcz przeciwnie, przysunęła twarz bliżej, uśmiechnęła się.
- Smakowały serduszka? Wyjadłeś wszystko - powiedziała.
Serduszka? to było to coś w misce? Masz jeszcze?
Kobieta zaśmiała się, złapała mnie i zestawiła na podłogę, popchała lekko do rogu w którym stał spory pojemnik, wepchała mnie do środka.
- To jest twoja kuweta, używaj jej - powiedziała.
Usłuchałem, nawet podobało mi się.
- No widzisz, będzie nam dobrze razem, zawsze marzyłam o fretce - stwierdziła śmiejąc się.
Tak, będzie nam dobrze, wreszcie...
Dni mijały nam na wspólnych zabawach, Agnieszka była wspaniała, pokochałem ją od pierwszego dnia, była zupełnie inna niż Włochaty, nie krzyczała, nie biła. Zawsze pogodna i uśmiechnięta.
- Jutro pojedziemy do weterynarza - powiedziała pod wieczór kiedy siedziałem jej na kolanach i domagałem się drapania za uchem.

No i pojechaliśmy, Agnieszka włożyła mnie do przenośki , ale jakiej! Miałem nowy domek, czysty i pachnący! W środku była cieplutka poducha z wełenki, jak miło...

Jechaliśmy? długo, Agnieszka mieszkała na peryferiach miasta, tak kiedyś usłyszałem.
Samochód zajechał pod dobrze znany moim oczom budynek pod który pamiętnego wieczora przywiózł mnie Włochaty.

Ale teraz byłem spokojny, przecież była ze mną Agnieszka, ona nie pozwoli zrobić mi krzywdy!

Weszliśmy do środka, w pokoju, za biurkiem siedział ten sam chłopak, który przyjął mnie od Włochatego. Zostałem postawiony na biurko. Agnieszka jak zwykle uśmiechnięta zaczęła rozmawiać z chłopakiem, potem podeszła, wyjęła mnie i posadziła na zimnym, metalowym stole. Ile tam było zapachów!

Chłopak podszedł z czymś w ręce, złapał mnie mocno i przystawił mi to do szyi. Za szczypało , ale po chwili było już dobrze. Dostałem jeszcze pyszną pastę i usadowiłem się na rękach Agnieszki, która była wyjątkowo szczęśliwa.

Chłopak napisał coś w niebieskiej książeczce, coś wkleił i oddał ją mojej pani.
- To jest twoja książeczka zdrowia malutki - powiedziała.
To coś jak karta fermowa? Chyba...
- Wiesz, jest jeszcze coś, od dzisiaj masz imię, witaj Calipso - rzekła i podniosła mnie wysoko śmiejąc Się.
Jestem Calipso...

Hmm, Calipso, hmm hehe, Caaaalipsooo... Calip? nieee, jestem Calipso!

Dni mijały, zrobiło się ciepło, Agnieszka mówiła, że to późne lato.
W domu oprócz mnie i mojej pani nie mieszkał nikt. Byliśmy tylko dla siebie. Czasami moja Pani dzwoniła do swoich rodziców, mieszkających na drugiej stronie miasta. Agnieszka codziennie wychodziła wczesnym rankiem do pracy, wstawałem razem z nią, pomagałem się ubrać, cierpliwie czekałem na śniadanie a kiedy Ona wychodziła grzecznie zwijałem się w moim pokoju.
Miałem swój pokój! Podłoga była wyłożona białymi płytkami, które nachodziły na ściany. Z sufitu zwisała wielka lampa. Miałem w swoim pokoju same skarby, piłeczki, pluszaki do zagryzania, kartony z wyciętymi dziurami, można było w nich spać. Miałem nawet długa rurę! Agnieszka bardzo lubiła bawić się ze mną w tej rurze, wrzucała mi piłeczki a ja biegałem w kółko próbując je złapać.

Kiedy Agnieszki nie było w domu najczęściej spałem, wiedziałem, że kiedy moja pani przyjdzie, będziemy się bawić do późna.

Wieczorem, kiedy nadchodził czas przyjazdu Agnieszki, budziłem się i siadałem obok drzwi wejściowych, siedziałem tak dopóki moja Agnieszka nie wróciła, wtedy brała mnie na ręce i całowała, bardzo to lubiłem. Szła do kuchni i dawała mi kolacje, sama również coś jadła, potem pod prysznic i dopiero wtedy mogłem szaleć, często wtedy nazywała mnie "małym zwariowanym szczeniakiem" miłe.

Pewnego dnia, z samego rana przyszedł do nas chłopak z wielką paczką, Agnieszka odebrała i postawiła obok drzwi, chciałem zobaczyć co tam jest, ale nie zdarzyłem. Moja pani wzięła paczkę i poszła do ogrodu. Podreptałem pod okno, widziałem jak Agnieszka stawia coś srebrnego na trawie, było dość wysokie, wyglądało jak klatka. Wbiła to w ziemie i udała się z powrotem do domu.
Zostałem podniesiony i wyniesiony zza drzwi, na świeże powietrze, jak pięknie, ile zapachów!!
Agnieszka włożyła mnie do tej klatki, o dziwo była wielka bez prętów u góry, siedziałem na trawie, zimna, upojnie pachnąca, mogłem kopać! Złapałem jakieś zwierzątko w trawie, dziwnie chrupnęło pod zębami, jakieś żuczki...
Teraz codziennie przez parę godzin siedziałem sobie w tej klatce, obok leżała moja Aga, czytając książkę.

Tygodnie mijały, robiło się pomału coraz zimniej, nasze wypady do ogrodu były rzadsze, aż pewnego dnia klatka została złożona i ustawiona w schowku.
Agnieszka wychodziła na coraz dłużej, wracała zmęczona, bawiliśmy się, ale już nie tak długo jak kiedyś, jednak moja pani była jak zawsze uśmiechnięta.
Następnego dnia, jak zawsze obudziłem się razem z Nią, dostałem śniadanie, pomogłem się Jej ubrać i pożegnałem do wieczora, poszedłem do swojego pokoju przespać dzień, żeby wieczorem móc wyszaleć się z Agnieszką.
Obudziłem się z bardzo dziwnym uczuciem, jakby coś mi groziło, ale jednocześnie mając straszną pustkę w sercu. Dom był pusty mimo późnego wieczoru
Co się stało Niech Agnieszka już wróci, proszę...
Za oknem robiło się coraz ciemniej a Agnieszki nie było, co się stało? Niech już przyjedzie.
Siedziałem pod drzwiami do późnego wieczora, w całym domu zrobiło się ciemno.
Wreszcie poszedłem do siebie, ulokowałem się w kartonie i czekałem.
Mijały godziny, zrobiło się cicho, żaden pies nie ujadał, wiatr ucichł, wszystko jakby zatrzymało się w czasie. Schowałem się głębiej w karton, zakopałem w szmatkach i usnąłem, rano na pewno będzie już Agnieszka.

Obudził mnie hałas w domu, Agnieszka przyjechała!
Szybko pobiegłem przywitać się z moją panią, ale w połowie drogi stanąłem. W domu byli obcy ludzie!
Było ich dwoje kobieta i mężczyzna, ubrani w długie płaszcze i buty pachnące skórą.
Podszedłem niepewnie.
- Popatrz, to ta fretka o której mówiła Agnieszka? - spytała kobieta.
- Tak, to ona – tężyzna podszedł i wziął mnie na ręce.
- Coś trzeba z nim zrobić, weźmy go na razie do nas, potem pomyśli się co począć- rzekł.

Wsadził mnie do transportera, zamknął i wyniósł do czerwonego samochodu, czekałem dość długo, wreszcie para wyszła z naszego domu niosąc jakieś rzeczy, dopatrzyłem się tylko ulubionego kalendarzyka Agnieszki. czemu oni to zabierają

Po krótkiej jeździe samochód zatrzymał się przed niewielkim, białym domkiem, zupełnie niepodobnym do naszego. Od tego czuć było chłód.

Mężczyzna wniósł mnie to domu, a stamtąd zszedł po schodach do piwnicy, stała tam duza klatka, czuć było ptakiem. Zostałem w tej klatce, po chwili dostałem do środka miskę z woda i suchą karmą.
Siedziałem tam cały dzień, z góry pobiegały jakieś rozmowy, czasami podniesione, płacz. Co się dzieje?

Znudziło mnie to siedzenie w jednym miejscu, zacząłem szukać wyjścia. Drzwiczki klatki były poluzowane, wystarczyło podnieść trochę do góry, popchnąć ... i byłem wolny.
Cały wieczór zajęło mi zwiedzanie tego miejsca, ile zapachów, ile nowości!
Oglądając coś w wielkim kartonie, usłyszałem pukanie, podbiegłem do drzwi przez które mężczyzna wniósł mnie tutaj, usiadłem nasłuchując.

W mieszkaniu było kilka osób, jedna płakała cicho. Poszli na lewo. Po chwili usłyszałem mężczyzna, rozmawiał z innych, po głosie dużo młodszym od siebie, gdzieś słyszałem ten głos, ale gdzie? Wiem! to chłopak, który robił mi zastrzyki w klinice! O czymś dyskutowali, na tyle cicho, że mogłem usłyszeć tylko niektóre zdania. Było coś o papierach, wypadku, że trzeba gdzieś jechać, po coś. Mówili o jakimś pogrzebie, wtedy ten płaczliwy głos słychać było najgłośniej.

Po chwili ktoś otworzył drzwi, to chłopak, wziął mnie na ręce i zszedł po schodach. Usiadł na starym fotelu, mnie posadził na kolana i rzekł.
- Widzisz Calipso, niema już twojej pani, Agnieszka miała wypadek, już do nas nie wróci.
Patrzyłem na niego zdziwiony czemu nie wróci? Gdzie jest moja Agnieszka.
Chłopak zasłonił się ręką, płakał.
Czy to ta pustka w sercu? Nie chcę...
Posiedzieliśmy razem w ciszy.
Chłopak nic więcej nie mówił, wpatrywał się we mnie a ja w niego.
- Jesteś mądrym stworzeniem - powiedział.
- Agnieszka bardzo cię kochała, mogła opowiadać o tobie bez przerwy,
nazywała cię "moim słoneczkiem".
Pewnie nie wiesz co się? dzieje, twoja pani miała wypadek, najechała na jej busa wielka ciężarówka , nie cierpiała...

Siedzieliśmy jeszcze chwilkę, potem chłopak wyszedł a mnie zamknął w klatce.
Położyłem się i myślałem, przypominałem sobie chwile radości, moją Agnieszkę, zabawy z nią. Pamiętam nasz pierwszy kontakt, jak wtuliłem się w jej ramiona.
Jej śmiech, niebieskie oczy...
Leżałem tak do rana.

Wszedł starszy człowiek, włożył mi do klatki talerz i wyszedł.
Na talerzu spoczywały kawałki puszkowego jedzenia dla kotów, nigdy tego nie jadłem, ale głód zwyciężył.
Smakowo ohydnie...

Tak mijały dni, dni przerodziły się w tygodnie, tygodnie w miesiące...

Człowieka widziałem raz dziennie, kiedy przynosił puszkowe jedzenie oraz dwa razy w tygodniu, kiedy to sprzątał kuwetę.

Drzwiczki zostały zadrutowane, straciłem możliwość wyjścia, pozostała tylko klatka i jej wnętrze czyli kuweta i parę starych szmat.
żeby się chociaż troszkę rozruszać wspinałem się na ścianki klatki, zwisałem z góry, jednak mało to pomogło.
Zaczęły boleć mnie nogi, coraz gorzej chodziłem, każdy ruch był męczarnią, bólem. Do talerza nie podchodziłem, leżałem w tym miejscu.

Świat oglądałem przez małe, wiecznie uchylone okienko, które znajdowało się wysoko przy suficie.
Widziałem drzewa poruszane wiatrem, ptaki, marzyłem żeby choć raz móc wyjść na trawę, pokopać, poczuć ciepło promieni słonecznych.

Małe marzenie zwykłego, żyjącego stworzenia...

Któregoś dnia już nie miałem siły podnieść się do talerza, dopiero wtedy człowiek zauważył że jest coś nie tak.
Włożył mnie do transportera i pojechał do kliniki.

Kiedy zobaczyłem znajomy budynek a wewnątrz "mojego" weterynarza serce zabiło mi mocniej.

Człowiek wyjął mnie z przenośki i postawił na stole. Od razu nogi mi się rozjechały, nie miałem siły wstać drugi raz.
Chłopak podszedł, pogłaskał po głowie, nie mogłem spojrzeć tak wysoko, żeby mółc go zobaczyć.
Wpatrywałem się w guziki na jego białej bluzie.
- Co pan zrobił temu zwierzęciu? -zapytał ostro chłopak.
Miał Się pan nim opiekować a nie doprowadzić do takiego stanu.
- Proszę na mnie nie krzyczeć, nie moja wina, że Agnieszka wybrała sobie to coś - tu wskazał palcem na mnie.
- Przecież mogła wybrać psa czy kota, my jako jej rodzice musieliśmy wziąć to do domu, w końcu on był jej - odparł.

- Gdzie go pan trzymał – spytał chłopak.
- Siedział w klatce w piwnicy - odparł człowiek.
- Ciągle? Przecież on musi biegać - krzyknął chłopak.
- A skąd ja miałem o tym wiedzieć – obruszył się człowiek.
- Zrobił pan z niego kalekę! Zwierze zostaje tutaj i niema mowy o zabraniu go, żegnam - rzekł chłopak zamykając drzwi za człowiekiem.

Ja nadal leżałem plackiem na stole...
Chłopak podszedł, wziął mnie w ręce , długo oglądał.
- Oj mały co on ci zrobił, jak długo jesteś w takim stanie? Taki zanik mięśni, jak długo to trwało? jak długo tak cierpiałeś?
Przytulił mnie do piersi. Było tak wspaniale...

Miałem pobraną krew z łapki, coś podłubał mi w uszach, wreszcie trafiłem do przenoski, zmęczony usnąłem...
Na drugi dzień były już badania, w łapce miałem igłę do której prowadził wężyk w butli, nazywali to kroplówką.
Leżałem sobie cichutko pod biurkiem patrząc na kropelki cieczy w rurce z igłą, chwile potem wszedł chłopak.

- Cześć malutki, jak się czujesz, pewnie lepiej - zapyta??.
- Mam już wyniki, trzeba cię nawodnić i wyleczyć anemie, ale będzie dobrze, nie martw się. - odparł podchodząc do krzesła i siadając.

Przez wiele dni miałem robione zastrzyki, kroplówki, dostawałem tabletki i jakieś dziwne pasty.
W tym czasie mieszkałem w lecznicy, na noc zamykanej.

Po paru dniach zacząłem się ruszać, nogi bardzo bolały ale chłopak mówił, że musze chodzić bo będzie gorzej, a ja słuchałem, na początku ledwo ruszałem łapkami, z czasem było coraz lepiej, podniosłem się, chodziłem, nawet biegałem trochę nieporadnie z początku ale biegałem!

Kiedy byłem na tyle zdrowy, żeby móc wejść na stół i pobawić się tymi różnościami na nim musiałem opuścić lecznice.

Pojechaliśmy do wielkiego budynku, kolorowe witryny, pełno ludzi.
Siedziałem w transporterze i nie mogłem pojąć ,że tylu ludzi można zobaczyć w jednym miejscu.
Chłopak zaniósł mnie na koniec korytarza, był tam sklepik z zielonymi ścianami, nad wejściem wisiał szyld przedstawiający bliżej niezidentyfikowane zwierze na zielonym tle.

Weszliśmy do środka.

- Witam panią, przyjechałem tak jak się umówiliśmy – zaczął chłopak.
- Witam pana, to ten zwierzak? - spytała kobieta.
- Tak, to on, nie gryzie, jest pieszczochem, niech się pani nim dobrze opiekuje – odparł chłopak.
- Na ile będę mogła - odpowiedzia³a kobieta.

Chłopak wyszedł a kobieta wyjęła mnie z przenośki.
- Co malutki, wiem że dziwna sytuacja, ale ten pan nie mógł cię dłużej trzymać tam gdzie byłeś do tej pory, spróbujemy znaleźć ci dobry dom - powiedziała do mnie.

Zostałem ulokowany w klatce, na dnie były szmatki, ustawiony duży domek drewniany, nie było najgorzej.

Tak to siedzę sobie w tej klatce po dziś dzień, nikt nie chce dużej fretki, ludzie nie wiedzą CZYM jestem, kobieta jest dobra, mam jedzenie, czysto, czasami wychodzę na sklepowe spacery, ale ja chce dom, kochający dom.
Gdzie jesteś Agnieszko, jeszcze cię pamiętam a minęło już tyle czasu, byłaś taka dobra a zły los zabrał cię . Nigdy już nie będzie tak jak wtedy.
Jestem już stary, przyjdzie mi tu siedzieć do końca.
Jedyny ratunek w Was kochani, może moja powieść pomoże jakiejś fretce, może ktoś przeczyta, nie odda, może ktoś zastanowi się żeby wziąć fretkę po przejściach takich jak ja, może...


ŹRÓDŁO:
[link widoczny dla zalogowanych]

*******

Ja się na tym poryczałam i załapałam niezłego doła.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Senowa dnia Nie 22:03, 26 Paź 2008, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
m@rtyna
Użytkownik
Użytkownik



Dołączył: 07 Sie 2008
Posty: 179
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 2 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 14:10, 27 Paź 2008    Temat postu:

O tak, czytałam to na fretki.org.pl, wzruszająca historia i też przy niej płakałam Smutny W doskonały sposób ukazuje to, co czują fretki z ferm. ;(

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
agaciatko24
Użytkownik
Użytkownik



Dołączył: 29 Sie 2007
Posty: 1586
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 4 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Kołobrzeg
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 14:22, 27 Paź 2008    Temat postu:

historia łapie za serce... szkoda tych fretek Smutny

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wilcza
Przyjaciel
Przyjaciel



Dołączył: 10 Lut 2008
Posty: 2385
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 29 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Poznań

PostWysłany: Pon 14:37, 27 Paź 2008    Temat postu:

Skończyłam czytać... bardzo smutne, ale niestety prawdziwe Smutny

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Senowa
Przyjaciel
Przyjaciel



Dołączył: 17 Cze 2008
Posty: 951
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 5 razy
Ostrzeżeń: 1/5

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 14:48, 27 Paź 2008    Temat postu:

Takie rzeczy się dzieją codziennie. Ferm jest dużo, w nich mnóstwo fretek, które przeżywają horror. Niektóre trafiają do zoologów, gdzie czeka je może lepsza a może gorsza przyszłość. Może trafić do złego domu, gdzie jest traktowana źle, co było umieszczone w tekście, może trafić do dobrego, a może i z powrotem na fermę. W zoologach zdarzają się przypadki fretek jedzących karmę dla gryzoni (!!!!) puszek dla psów (!!!!) i innych świństw, nie mówiąc o kompletnym braku miejsca.

Sytuacja fretek jest dużo gorsza niż np. królików. Ludzie mało wiedzą, kupują słodkie, niewinnie wyglądające stworzonko, które podobno nie sprawia problemów... No i fermy, niedoinformowanie, brak dobrych weterynarzy... Koszmar. Ja się zastanawiam co mogę zrobić dla fretek królików i innych zwierząt.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wilcza
Przyjaciel
Przyjaciel



Dołączył: 10 Lut 2008
Posty: 2385
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 29 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Poznań

PostWysłany: Pon 14:58, 27 Paź 2008    Temat postu:

Najgorzej to mają lisy, one nie trafią do zoologicznych i nie mają szans na jakieś w miarę normalne życie. Lisy w klatkach są już trzymane od tylu lat że występują u nich mutacje, są już lisy w łątki i cętki. Nie rozumiem po co ludziom takie futra, te sztuczne niczym się nie różnią od tych prawdziwych. No ale kobiety są takie że lubią się chwalić "zobacz! mam prawdziwe futro ZA 5 TYSIĘCY! A nie jakieś sztuczne za parę stów". Ja słyszałam że w Poznaniu na fermach futerkowych do zabijania i obdarcia ze skóry zwierząt zatrudnia się więźniów Zdziwiony

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Senowa
Przyjaciel
Przyjaciel



Dołączył: 17 Cze 2008
Posty: 951
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 5 razy
Ostrzeżeń: 1/5

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 15:02, 27 Paź 2008    Temat postu:

Tak, lisy mają się źle, ale mi tu głównie chodziło o zwierzęta domowe.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
m@rtyna
Użytkownik
Użytkownik



Dołączył: 07 Sie 2008
Posty: 179
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 2 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 17:17, 27 Paź 2008    Temat postu:

Sen, masz racje, aż sie serce ściska, zarówno fretki jak i króliki (oraz inne zwierzęta) potrzebują właściciela, który zna się na rzeczy, a niestetybardzo często trafiają do osób, które nie wiedzą o nich nic.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
ppx
Przyjaciel
Przyjaciel



Dołączył: 27 Kwi 2006
Posty: 4497
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 8 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Dębica
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 18:26, 27 Paź 2008    Temat postu:

W sumie te udomowione zwierzęta wszystkie mają złą sytuacje, jeżeli nie trafią na szczęście...
Albo przyjaciel, albo futro/mięso.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum KiG - Króliki i Gryzonie Strona Główna -> Inne zwierzęta Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB
Appalachia Theme © 2002 Droshi's Island